Blog > Komentarze do wpisu
Prince of Persia: The Sands of Time ... Recenzja
Nić, z której utkany jest czas, tworzy życie... Z otchłani czasu dobiega zew, który odbija się echem w wieczności. Zew zwany przeznaczeniem.

 

Takimi oto pięknymi słowami, zostajemy uraczeni w pierwszej minucie filmu, przy akompaniamencie wprost wspaniałej muzyki ( uwielbiam te orientalne nuty ). Książę Persji zaczyna się i kończy tak samo, szczęśliwie, ale dość dziwnie. No bo przyznacie, jaki król adoptowałby sierotę ze slumsów, nie mówiąc już o tym, że widzi ją pierwszy raz na oczy. A koniec? O tym potem.

Film opowiada o Dastanie; przybranym synu króla Sharamana, który jako, że nie posiada ani mililitra błękitnej krwi w swoich żyłach nie ma nawet co marzyć o królowaniu po śmierci ojca. Z tego jakże przykrego obowiązku wyręczy go najstarszy z całej trójki braci: Tus. Główny bohater, bynajmniej nie ma z tym żadnych problemów; raczej nie czułby się w roli króla zbyt dobrze. Tytuł Księcia Persji, w zupełności mu wystarcza. Dobra, ale skupmy się na filmie.

Nie jest on związany jakoś szczególnie mocno z pierwszą częścią trylogii gier o przygodach Persa, ale to nie przeszkadza, a może w pewnym stopniu pomaga. Historia wykreowana przez scenarzystów, jest prosta, łatwa, ale przyjemna i niezbyt męcząca. Oczywiście ma swoje wady, jak zadziwiająca i niezwykła błyskotliwość głównego bohatera, gdy domyślił się, co tak naprawdę knuł jego wuj, lecz to nie jest najważniejsze, bo takie malutkie błędy naprawdę nie rażą zbytnio po oczach. Fanów, dzikich bijatyk i rzezi, muszę niestety zmartwić; nie zobaczycie tutaj krwi i walk rodem z  Prince of Persia: Warrior Within , a nawet jeżeli to w znikomym stopniu. Sekwencje walk z udziałem Dastana są, nadzwyczaj "ostrożne", a nasz Lew Persji, nawet nie kwapi się by zabijać przeciwników, wystarczy mu gdy zwyczajnie ich ogłuszy. Fanów niezwykłych akrobacji i walk w różnych dziwnych miejsach też muszę zmartwić: poczujecie niedosyt na tym filmie. Akrobacje i walki są, ale za mało, za mało...

Aktorzy nie wzbudzają w nas zbyt mocnych uczuć, nie płaczemy, gdy Tus i Garsiv umierają, nie rusza nas śmierć króla Sharamana. Nawet ten koleś z plemienia M'baka, który miał taką poczciwą twarz, nie przyprawił mnie o choćby westchnięcie, gdy wyzionął ducha...  Dastan mimo, że przesympatyczny i dość zabawny, też troszkę nie przekonujący. Od początku wiedziałem, że mu się nic nie stanie, a tak nie powinno być. Gra aktórów jest co najwyżej średnia. Sytuacje ratuje Alfred Molina, który gra szejka Amara, nawet do siebie przekonuje, gdy tak gada o niegodziwości Persów i o podatkach. To im wyszło. Poza tym, kaszanka.

Jednak film ma i dobre strony.

Po pierwsze i najważniejsze: klimat. Bajkowy Wschód, ta piękna muzyka, cudowne pałace ( Święte miasto Alamut, prezentuje się przepięknie, gdy widać je pośród tej całej roślinności). I księżniczka Tamina, grana przez Gemmę Arterton, sprawiają, że chętnie wskoczylibyśmy do tego filmu.

Po drugie: Księżniczka Tamina. Aktorka, którą wyżej wymieniłem, cudownie ją odegrała , taką jaka ona powinna być, nie wspominając o jej wyglądzie... Dla niej jednej warto obejrzeć ten film. Dla niej też wskoczyłbym do filmu i chętnie zamienił się z Dastanem.

 

Po trzecie, co powtórzę jeszcze raz: Muzyka. Tu spisali się na sto procent. Do takiego stopnia spodobała mi się, że zaraz po obejrzeniu filmu, wyszukałem wszystkie piosenki. "So, You're going to help me?" Oczarowuje mnie za każdym razem gdy jej słucham.

No i koniec. Szczerze to nie spodziewałem się, że cofną czas do momentu gdy nikomu się nic nie stało i rozwikłają tą sprawę bez tego całego szumu ze śmiercią króla. Nie spodziewałem się, ale i nie ucieszyło mnie to. To najlepszy fakt na to, że aktorzy nie spełnili do końca swojej roli, jako aktorzy. Spójrzmy choćby na Jack'a Gyllenhaal'a, grającego Dastana. Nie zauważyłem na jego twarzy, nawet cienia smutku, kiedy przechadzał się pod koniec filmu z księżniczką Alamut. Z powodu, że ona nic nie pamięta, że ten fragment życia został tylko dla niego i nikt nie będzie o nim wiedział, a jego wybranka i przyszła żona nie pamięta tej podróży... Trochę mnie to zmartwiło.

Podsumowując:

Fabuła: 5/10 - Nie doszukujcie się tu skomplikowanych, pełnych zwrotów akcji momentów, ani przemyśleń nad życiem po skończonym seansie. Fabuła nie jest tu zbyt ważna, a sama w sobie, nie razi po oczach, jest bo jest.

Gra aktorska: 5/10 - Tak jak mówiłem, niezbyt przekonująco grają tu aktorzy. Dałem 5, bo sytuację uratował Molina i poniekąd boska Gemma.

Klimat: 8/10 - Nie muszę się zbytnio rozpisywać, żeby nie powtarzać: Bajkowy Wschód, starożytność, pustynia, piękne pałace, muzyka. Cud! Nie dałem maksymalnej oceny, ponieważ przez ten klimat, film wprowadził mnie w durną nostalgię... jak ja chciałbym być w takiej starożytnej Persji : (.

Muzyka: 9/10 - Nic dodać nic ująć. Dziesiątki nie dam... pieprzona nostalgia...

Efekty Specjalne: 5/10 - Są, bo są. To wszystko. Nie dojrzymy tu niesamowitych efektów, bo nawet tego nie potrzeba. Po prostu, były. Nie zwracałem zbytnio na nie uwagi.

Ocena ze średniej arytmetycznej: 6,4

Moja ocena: 6,5- musiałem dać choć ciut więcej, za Gemmę i muzykę.

Słowo na koniec: Film to typowa bajka, dedykowana widowni w wieku od lat dziesięciu, dwunastu. Mimo tego, nawet staremu koniowi jak ja, było miło obejrzeć ten film i na chwilę zanurzyć się w tym świecie... Jednak, gdyby autorzy planowali kontynuacje, ja radzę diametralnie zmienić wiek widza na conajmniej sześć lat w górę.Warto oglądać? Tak, dla samego klimatu, poza tym przy filmie miło spędzimy popołudnie. Chociaż można tylko posłuchać samej muzyki i wlepiać gały w fotkę Taminy, też ujdzie.

PRZESŁUCHAĆ

wtorek, 31 sierpnia 2010, prostaczek222

Polecane wpisy